Tengboche,
wioseczka, którą w tamtym roku bardzo polubiliśmy. W wiosce jest
piękny buddyjski klasztor, w którym spędziliśmy poprzednio miłe
chwile na medytacjach i pogaduszkach z mnichem Kusanem. Pamiętamy,
że bardzo lubił czekoladę, nawet Mu jedną nieśliśmy w
prezencie, ale niestety wczoraj byliśmy tak głodni, że musieliśmy
ją zjeść.
Mieszkaliśmy
tu w bardzo fajnym guest housie i od razu po dotarciu, kierujemy tam
swoje kroki. Właścicielem jest bardzo miły, straszy Pan, którego
nazywamy Naszym Dziadziusiem. Zdjęcie, które sobie z Nim zrobiliśmy
w poprzednim roku, a które Mu wysłaliśmy, wisi w gablotce w
jadalni. Bardzo miło nam się zrobiło. Mają dla nas pokój.
Czujemy się tu jak u siebie. Zamawiamy tybetańskie pierożki momo z
ziemniakami, tutaj najlepsze w całym Nepalu. Nic się nie zmieniło.
Są tak smaczne, jak je zapamiętaliśmy. Przychodzi Nasz Dziadziuś
i witamy się serdecznie. Czuje się dobrze, a mówił, że może nie
doczekać naszego powrotu w te strony.
Idziemy
na spacerek po wiosce. Duża nie jest. Jest tu piękny klasztor
buddyjski, który otworzą dopiero po południu. W Tengboche widać
taki zestaw gór, że naprawdę trudno tu się nudzić. Everest,
Lhotse, Taboche, Ama Dablam i Thamserku. Cudo po prostu. Gadamy sobie
na ławeczce i słyszymy polskie cześć. Jak miło. Dłuższy czas
już nie widzieliśmy żadnych Polaków. To grupa prowadzona przez
Andrzeja Mazurkiewicza, autora wielu albumów podróżniczych m.in.
„Himalaje szlakiem karawan i pielgrzymów”, której jesteśmy
szczęśliwymi posiadaczami. Grupa jest bardzo wesoła i ucinamy
sobie miłą pogawędkę. Opowiadają co w Polsce i jak im się
wchodzi pod górę. My uradujemy ich informacją, że w Gokyo jest
minus 20. Dadzą radę, optymizmu im nie brakuje. To naprawdę
fantastyczni ludzie. Żegnamy się z nimi, bo muszą już iść. Nie
nocują w Tengboche, tylko w wiosce poniżej. To lepiej dla ich
aklimatyzacji.
My
idziemy do klasztoru, mnisi już trąbią z okna, wzywając na
modlitwę i odpędzając złe duchy. Niestety Kusana nie ma. Daje
nauki medytacji, gdzieś w Europie. Nie mamy już wyrzutów, że
zjedliśmy niesioną Mu czekoladę.
Dzisiaj
trasa z Dingboche nie była męcząca, ale chyba już trochę zapasy
sił się nam wyczerpują. Idziemy spać, jutro znowu trzeba iść
dalej.
 |
| z naszym Dziadziusiem |
 |
| Mnisi trąbiąc na conchach (muszlach) wzywają na modlitwę i odpędzają złe duchy |
 |
| lewek strzegący wejścia do klasztoru |
 |
| klasztor Tengboche w tle Ama Dablam |
 |
| sutry - nauki Buddy (taka biblia w częściach) |
 |
| Budda Siakjamuni |
0
 |
| młynek modlitewny |
 |
| Lhotse, Ama Dablam i czubeczek Everestu |
 |
| Thamserku |
 |
| z grupą prowadzoną przez Andrzeja |
 |
| Thamserku - siodło konia, czapa lodu jest niesamowita |
 |
| nigdy dość Ama Dablam |
 |
| pogotujemy? |
 |
| Fredzio i Teofilek - fota obowiązkowa-:) |
 |
| woda z himalajskiego źródła nawet puryfikowana jest najpyszniejsza na świecie |
 |
| zachód słońca Lhotse, Ama Dablam i top Everestu |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz