Wstajemy
o 5:30 rano. Jest jeszcze ciemno i bardzo, bardzo zimno, ok. minus 15
stopni. Śnieg już nie pada, ale przymarzł przez noc i jest ślisko.
Pakujemy plecaki i pijemy herbatę w oczekiwaniu na świt. O 6:40
wyruszamy na podbój przełęczy Cho La. Początek jest trudny. Nogi
nam się zastały, czy co? Oczywiście idziemy pod górę i tak już
będzie do samej przełęczy z jednym tylko krótkim odcinkiem
prostej. Palce dłoni i nóg strasznie mi marzną. Cały czas nimi
poruszam, ale niewiele to zmienia. Do tego ciągle leje mi się woda
z nosa. Muszę zdejmować rękawiczki i smarkać do chusteczki.
Metody na tzw. hindka (smarkanie na ziemię, bez użycia chusteczki),
nie opanowałam do tej pory i chyba już nie opanuję. Misiek radzi
sobie z tym doskonale. Idziemy ok. 2 godzin. Słońce powolutku
wychodzi zza gór. Widzę już pierwsze większe wzniesienie, a na
jego szczycie postawiony maszt z flagą modlitewną. Misiek stoi
obok. Takie maszty często stawia się na przełęczach, ale to nie
może być Cho La, za łatwo by było, miało być stromo, a jeszcze
nie było. Palce dłoni mam tak zmarznięte, że aż bolą. Ogrzewam
je w ustach, to najlepsza metoda. Daniel konwersuje ze spotkanym
nepalskim przewodnikiem o wyższości butelki nad bukłakiem na wodę.
Jemu w rurce zamarzła podczas drogi woda i nie może się napić.
Przewodnik mówi, że butelka jest lepsza. Triumfalnie wyjmuje ją z
swojego plecaka i…jemu też zamarzła woda. Dostajemy ataku
śmiechu. Przy tym mrozie, żadna metoda przechowywania wody się nie
sprawdziła.
Dookoła
nas dużo gór i każda może mieć potencjalną przełęcz. Pytam
tragarza, gdzie jest Cho La. On składa dłonie w kołyskę i
wskazuje kierunek. Jęk i słówko na k…wydobywa się z moich ust.
Łatwo nie będzie. Trudno trzeba iść pod tę górę. Ruszamy
dziarsko, jest trochę z górki i trochę prostej. Krótko to trwa.
Wchodzimy na pole wielkich głazów i rozpoczynamy właściwe
podejście. Kamienie są oblodzone i śliskie. Balansujemy ciałem i
przeskakujemy z kamienia na kamień. A potem zaczyna się rzeźnia.
Stromo, dużo piachu, po którym zjeżdżają nogi i wielkie śliskie
kamienie. Kijki bardzo pomagają, ale plecaki trochę ciągną w dół.
Trzeba dobrze stawiać stopy i pochylać się do przodu. Czasem
trzeba po prostu iść na czworakach. Plecaki ciążą i
przeszkadzają w tej wspinaczce. Idziemy tak około godziny i
wreszcie jesteśmy na szczycie przełęczy. Naszym oczom ukazuje się
piękne pole lodowca. Już nie szara piaskownica tylko nieskazitelnie
biała, gładka przestrzeń. Weszliśmy do krainy Królowej Śniegu.
Widok jest zachwycający. Zawieszamy chorągiewki modlitewne na topie
i zjadamy po batonie. Woda w mojej butelce też zamarzła, więc pić
nie ma co. Mimo, że jest już słońce, nadal jest zimno. Mocno
wieje, co potęguje odczuwalność niskiej temperatury. 50 metrów
poniżej Cho La jest już nam gorąco. Jesteśmy w dolinie otoczonej
górami. Siadamy na kamieniu żeby popatrzeć na przepiękne lodowe
ornamenty na lodowcu. Arcydzieła natury, dosłownie. Sesja
zdjęciowa, nas na lodowcu i samego lodowca trwa dość długo.
Trzeba się wreszcie ruszyć, do wioski Dzongla zostało nam jeszcze
kawał drogi. Przez około 500 metrów szlak prowadzi przez lodowiec.
Idziemy jego prawą stroną, tak jak zaleca „mistrz” na naszej
mapie. Chociaż raz coś na tej mapie się zgadza. Całą tą drogę
jest tzw. slippery path, co oznacza po prostu lód ukryty pod
śniegiem. Trzeba uważać, bo można niespodziewanie wywinąć
niezłego orła na ścieżce. Drobimy kroczki, niczym japońska
Gejsza. Kijki znowu bardzo pomagają w utrzymaniu równowagi. Po 15
minutach znowu wchodzimy na skały. Naszym oczom ukazuje się cudowna
panorama Himalajów. Zapiera dech w piersiach. Mamy przed sobą jeden
z najpiękniejszych widoków na świecie. Nie możemy zostać tu zbyt
długo, znowu ruszamy w dół. Osobiście cieszę się, że przez Cho
La wchodziliśmy od strony Gokyo, a nie odwrotnie. Zejście jest
trudne i musimy się niemal zsuwać z wielkich 1,5 metrowych kamieni.
Nie wyobrażam sobie pokonywania tego przy podchodzeniu od tej
strony. Ogromnych głazów jest dużo i to schodzenie zaczyna lekko
irytować. Trwa to ok. godziny. Zmęczenie daje się we znaki, a
wioski Dzongla nadal nie widać. Wędrówka ciągnie się jak
krówka-mordoklejka. Jakby ta droga była z gumy. Do tego szlak
prowadzi po małych kamykach nazwanych przez nas fiki-miki. Co chwila
przekręcają się pod nogami i trzeba wciąż walczyć o zachowanie
równowagi. Potykamy się też ciągle o jakiś inny wystający
kamyk. Nogi nie chcą podnosić się tak wysoko, powłóczymy już
trochę nimi po ziemi. I wreszcie jest Dzongla. Po 7 godzinach
ciężkiej harówki docieramy na miejsce. Padamy z nóg. Niestety nie
mają nigdzie wolnych pokoi. Wszystkie zarezerwowały grupy
turystyczne. N szczęście mają ostatnie dwa miejsca w dormitorium,
które będziemy dzielić z 10 osobami. Ok. Bierzemy. Nie dalibyśmy
rady iść jeszcze 3-4 godziny do kolejnej wioski. Boimy się zdjąć
buty, nasze skarpetki śmierdzą. Są jak natychmiastowo stawiające
na nogi, sole trzeźwiące. Co tam, pewnie tu każdy ma takie
skarpetki. Oczywiście na mycie nie mamy siły, z resztą raczej nikt
po tej trasie na to nie ma siły. Każdy kładzie się do śpiworów
w „opakowaniu”. Materace są blisko siebie, przynajmniej będzie
nam cieplej. Wieczór znowu przyniósł ochłodzenie i wróciło
minus 15 stopni. Para leci z ust, a Rosjanka obok mówi do
wszystkich: Jesteśmy tu przecież na wakacjach, wszystko to dla
naszej przyjemności. Cała zmęczona, śmierdząca i zmarznięta
dziesiątka trekkersów wybucha śmiechem. Jeszcze nie raz będziemy
to wspominać, gdy będzie ciężko. Idioci męczący się w górach
na własne życzenie, a moglibyśmy leżeć na tajskiej plaży i
pluskać się w błękitnym morzu. Człowiek to jednak wariat.
|
Ta część trasy do Cho La poszła w miarę gładko |
|
Cho La jest mniej więcej tam gdzie pośrodku widać czubeczek śnieżnej góry |
|
To plecak na plecy i pod górę |
|
Czy to pole lodowe nie jest piękne? |
|
Na polu lodowym |
|
Cudny ten lodowiec |
|
Spękany lodowiec, wszędzie kryją się niebezpieczne szczeliny |
|
Trekkerskie pogaduszki-:) |
|
Udało się, radosna zdobywczyni Cho La-:) |
|
Przekrój lodowca |
|
Open Space, najpiękniejszy widok panoramy Himalajów, w środku niezwykła Ama Dablam |
|
Ama Dablam - Pani z perłowym naszyjnikiem |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz