piątek, 28 sierpnia 2015

Dzień VIII – 25 Października 2012 – Gokyo Ri (5360m n.p.m.)

Zimę tu mamy regularną. Przestał wprawdzie padać śnieg, ale w nocy było minus 20 stopni, a w pokoju ok. minus 8-10, zamarzła nam woda w butelkach. Rano też nie lepiej, z minus 15, a słońce niespiesznie wychodzi zza gór. Dzisiaj wchodzimy na Gokyo Ri. Jest stromo, ale nie tragicznie. Im wyżej tym piękniejsze widoki. Misiek ma dzisiaj power i do góry leci jak na skrzydłach. Ja chyba za bardzo się rozprężyłam, bo wlokę się jak żółw. Gokyo Ri z dołu nie wygląda na takie wysokie. Już wydaje się, że za tą górką będzie szczyt, a tu kolejna górka. I takich jest trzy. Daniel już ogląda Everest, a ja dalej żółwikuję. Trudno, nie przyspieszę, za mało tu tlenu. Jednak założony czas wejścia udaje się osiągnąć. Misiek godzina, czterdzieści minut, ja dwie. Rozsiadamy się na szczycie i wgapiamy się w horyzont. Everest (8848m), Lhotse (8516m), Makalu (8463m), Cho Oyu (8201m). Warto było marznąć, męczyć się pod górę. Co tam odciski, bóle pleców, dla tych gór prawie wszystko. Sesja zdjęciowa nie może się skończyć. Wciąż się wydaje, że kolejne zdjęcie będzie jeszcze lepsze niż poprzednie. Rozwieszamy flagi modlitewne na szczycie, układamy czortenik z kamieni i znowu siadamy, żeby popatrzeć w tę cudowną przestrzeń. Marzyliśmy o tej chwili od 10 miesięcy, a teraz tu jesteśmy. Przed nami jeszcze nie koniec wędrówki do Everestu, za kilka dni z innej nieco wyższej góry, chcemy zobaczyć Czomolungmę* z jeszcze mniejszej odległości. Pogoda dopisuje, powinno się udać.


*Po tybetańsku – Czomolungma – Bogini Matka Ziemi, po nepalsku Sagarmatha – Czoło Nieba. Nazwa Everest pochodzi od nazwiska Sir George’a Everesta, geodety i kartografa, który zainicjował prace nad mapą Indii

Mt.Everest (8848m n.p.m.)

Pharilapche (6017m n.p.m.)

Mt.Everest (8848m), Lhotse (8516m), Makalu (8463m)


Lodowiec Ngozumba

Mt.Everest i Lhotse

Pharilapche

W tle Pharilapche, Kyajo Ri i lodowiec Machermo

Widok z góry Gokyo Ri (5360m n.p.m.)Widać Cholatse, Taboche, Thamserku, turkusowe jezioro Dudh Pokhari i lodowiec Ngozumba.Szukajcie malutkich domków na dole, tam mieszkaliśmy

Pharilapche i lodowiec Machermo.W oddali biały szczyt Teng Ragi Tau (6943m n.p.m.)


Pharilapche i lodowiec Machermo



Turkusowe wody jeziora Dudh Pokhari

czwartek, 27 sierpnia 2015

Dzień VII – 24 Października 2012 – Trasa Machermo - Gokyo (4790m n.p.m.)

W nocy mróz. Okna mamy zamarznięte od wewnątrz. Para leci z ust. Nie chce się wychodzić ze śpiwora. Ubieramy się już we wszystko co mamy. Totalna cebulka. Dzisiaj miniemy 2 jeziorka zanim dotrzemy do tego właściwego. Jeziora Dudh Pokhari nad którym leży wioska Gokyo. Znowu pod górę. Jest bardzo zimno. Słońce świeci, ale jest tak duży wiatr, że nie można się ogrzać jego promieniami. Trekking przez to jest ciężki. Zaczyna się kamienista droga i ciągle jakiś kamień usuwa się z pod nóg. Złapanie równowagi zabiera dużo sił. Jesteśmy już wysoko, tlenu jest mniej i ciężko się oddycha. Pierwsze maleńkie jeziorko Langpongo jest jak klejnocik pośród otaczających je szarych kamieni. Jego turkusowe wody migocą w słońcu. Jest tak zimno, że nie zostajemy tu długo. Spotkany po drodze Czech, mówił, że tu się zagrzejemy, że jest tu bardzo ciepło. Tymczasem marzniemy i chcemy jak najszybciej dojść do Gokyo. Zatrzymujemy się jednak przy drugim jeziorze, Taboche Tso. Jest większe niż pierwsze i jeszcze bardziej turkusowe. Tysiące małych kamiennych czorteników, ustawionych przez przechodzących tędy wędrowców dodaje jeszcze temu miejscu uroku i magii. Czarowne miejsce urzeka swoją urodą. Musimy iść dalej, ale przed nami kolejne jezioro i Gokyo, miejsce gdzie ujrzymy nasze wymarzone góry.
Dojście do Gokyo nie zajmuje wiele czasu. Szybko znajdujemy lokum, jak się okaże później, niezbyt dla nas przyjazne, ale o tym potem. Teraz Cho Oyu jest jeszcze bliżej i jeszcze piękniejsze. Przyglądamy się też na górę Gokyo Ri (5360m n.p.m.), jutro mamy na nią wejść. Wygląda na trochę stromą. Wejście na nią zajmuje podobno trzy godziny, ale przy naszym naprawdę dobrym tempie, powinno się udać w dwie. To jutro. Dzisiaj będziemy już tylko odpoczywać. Jeszcze tylko musimy zobaczyć jak wygląda moja zmora, lodowiec Ngozumba. Wystarczy wejść na wielki nasyp otaczający lodowiec i przed naszymi oczami ukazuje się wielka żwirowa piaskownica. Kilkanaście lodowcowych jeziorek na środku jest zamarzniętych, widać dużo szczelin i miejscami niebieski lód. Jak to cholera przejść? Obserwujemy ścieżkę na lodowcu i tragarzy, którzy niosą paczki na drugą stronę. Wydaje się, że nie będzie tak trudno jak myśleliśmy. To dopiero za 2 dni. Robi się coraz zimniej i zaczyna padać śnieg. Niedobrze. Jak napada za dużo cały nasz plan bierze w łeb. Będziemy musieli się cofnąć i iść inną drogą. Przejście przez przełęcz Cho La przy dużej ilości śniegu jest niemożliwe. Niestety na naturę nie ma rady, musimy poczekać do jutra. Może nie napada aż tyle, żeby lepić bałwana. Ziąb wygania nas do śpiworów. Ostatnie spojrzenie na jezioro Dudh Pokhari i do spania. O myciu nie ma mowy. Łazienki są na zewnątrz i za żadne skarby nie zmusimy się do zetknięcia z lodowatą wodą. W „opakowaniu” kładziemy się do łóżek. Oby tylko przestało sypać.

Cholatse i Taboche


W drodze do Gokyo.Turkusowe wody jeziora Taboche Tso. W tle Cho Oyu (8201m n.p.m.)

Wchodzimy do Gokyo, jesteśmy już na wysokości 4790m n.p.m., za mną Cho Oyu

Bażant himalajski.Takiego na wolności można zobaczyć tylko na wysokości ok. 5 tysięcy m n.p.m.




lodowiec Ngozumba, moja największa zmora


jezioro Dudh Pokhari

Dzień VI – 23 Października 2012 – Trasa Luza - Machermo (4470m n.p.m.)

No po prostu dzisiaj zrobiliśmy trekking życia. 25 minut z Luzy do Machermo. Z mapy wynika, że to 3 km ostro pod górę. Zakładaliśmy czas ok. 3 godzin wędrówki, a tu taka niespodzianka. Mistrza, który robił tą mapę, chętnie byśmy zobaczyli na żywo. A podobno mapa miała być doskonała. Dzisiaj tu odpoczniemy. Mamy prawie cały dzień na kontemplację widoków. I wreszcie są ośmiotysięczniki. Cho Oyu (8201m n.p.m.) uśmiecha się do nas serdecznie. A my znowu zachwyceni. Idziemy na małą przechadzkę, przecież nogi nie mogą się zastać. Z naszej doskonałej mapy wynika, że w pobliżu jest wioska Na, w której jest klasztor buddyjski. Chcemy też zobaczyć z bliska lodowiec Ngozumba, przez który za kilka dni mamy przejść. Osobiście moja zmora i boję się tego. Tym chętniej chcę go zobaczyć z bliska. Okazuje się jednak, że w wiosce Na nie ma klasztoru, co więcej nie ma mostu (który jest na mapie) przez który do wioski można przejść. Rzeka jest zbyt wartka i szeroka, żeby przeskoczyć po kamieniach. Lodowca też nie widać, jesteśmy jeszcze za daleko. Nasza cudowna mapa jest do d…Siadamy sobie, już rytualnie można powiedzieć, na kamieniu i podziwiamy Cho Oyu. Kto wie, wygląda na niezbyt trudną. Może kiedyś będzie to nasz pierwszy ośmiotysięcznik?
Zrywa się wiatr i wracamy do naszej chatki. Zimno już coraz bardziej. Czapki, rękawiczki i kurtka puchowa obowiązkowo. A jutro znowu idziemy wyżej.







            
w tle Cho Oyu (8201 m n.p..)




a taka była toaleta i bądź tu człowieku mądry i daj radę-:)








Dzień V – 22 Października 2012 – Trasa Phortse Tenga – Luza (4360m n.p.m.)

Ciągle pod górę. Nie ma gdzie nadrobić czasu. Wysokie kamienne schody, jakby tu mieszkały olbrzymy, a przecież Nepalczycy są niscy. Wspinamy się i wspinamy i końca nie widać. Po drodze jest dużo wodospadów, a sama trasa wiedzie przez cudowny, dżungolwaty las. Z drzew zwisają liany i porosty, dużo tu ukwieconych na różowo krzaków. Wyglądają jak kwitnące wiśnie. Cudnie jest, tylko ciągle pod górę. Do Luzy docieramy dość szybko, a wydawało się, że wleczemy się godzinami. Wioska jest piękna. Dużo kamiennych domków z dachami pokrytymi łupkiem. Krajobraz jesienny. Czerwone krzewy kontrastują z szarym kamieniem i brązową ziemią. Domki jak z bajki. Pomiędzy nimi szemrzący strumyk. Siadamy przed guest housem i znowu zaczynamy patrzeć w przestrzeń. Przed nami góra Cholatse (6501m n.p.m.).Piękna jest, wejście na nią wymaga już techniki. Do Lukli lecieliśmy z Francuzami, którzy planowali na nią wejść. Obok góra Taboche. No i jak tu nie zapomnieć o trudzie wspinaczki. Pijemy kawkę i znowu się gapimy. Widoki powalają, a to wciąż początek. Tu jest już zimno. Wieje zimny wiatr i musimy już ubrać puchowe bezrękawniki i rękawiczki. Jest 14:00, a jest już ok. 5 stopni. Uciekamy do śpiworków z okna jest ten sam widok. W jadalni pali się już w kozie, zupa sherpy na stole. Rozgrzewamy się przed snem i do łóżek. Jutro znowu trzeba iść pod górę. Kiedy będzie wreszcie widać ośmiotysięczniki? Czekamy na to z utęsknieniem.

Za mną Thamserku (6608m n.p.m.).Wioska Kele





Kamienne domki z łupkowymi dachami.Zaczarowana wioska w czarownej Luzie

Cholatse (6335m n.p.m.) ładna góra, ale żeby na nią wejść trzeba już techniki


środa, 26 sierpnia 2015

Dzień IV – 21 Października 2012 – Trasa Namche Bazar – Phortse Tenga (3680 m n.p.m.)

Od rana nastawiamy się na trudy. Nogi i plecy jeszcze bolą, mamy do przejścia 7 km i dużo pod górę. Do memoriału Tenzinga Norgaja (człowieka, który razem z Edmundem Hilarym zdobył jako pierwszy Mt.Everest w 1953) idzie gładko. Droga jest prosta i nie ma żadnych spektakularnych podejść. Mamy już za sobą jakieś 2 km. Zostało jeszcze 5. Zatrzymujemy się na sesję zdjęciową. Mamy przed sobą Everest, Lhotse,Taboche, Ama Dablam, Thamserku, za sobą Kongde Ri. Na to czekaliśmy. Zachwytów nie ma końca, a to dopiero początek drogi. Pogoda wymarzona, słońce, przejrzyste powietrze, góry widać jak na dłoni. Idziemy do wioski Mong. Musimy się tam zatrzymać na godzinkę, na krótką aklimatyzację. Mong leży prawie na 4 tysiącach i mimo, że oddycha nam się bardzo dobrze, nie chcemy ryzykować przymusowych postojów w razie objawów choroby wysokościowej. Idziemy dzielnie pod górę, czasem zatrzymując się na och i achy. Idzie łatwiej niż myśleliśmy i dość szybko docieramy do wioski. Tu widoki są jeszcze piękniejsze. Dodatkowo uroku dodają murki mani oplecione kolorowymi flagami modlitewnymi. Siadamy na trawce i po prostu patrzymy na góry. Marzenia właśnie się spełniają. Tak chcieliśmy sobie siedzieć i podziwiać Himalaje. Po godzince znów ruszamy do Phortse Tenga, naszego dzisiejszego przystanku. Droga tylko w dół, żadnej orki. Niestety nasze odciski i krzyże dają o sobie mocno znać podczas schodzenia. Nie lubię wchodzić, ale teraz tak boli mnie krzyż, że przestaję kochać schodzić. Mamy wrażenie, że zamiast plecaków, niesiemy na plecach ciężkie lodówki. W Phortse oglądamy swoje obrażenia. Nasze stopy są raczej w opłakanym stanie. Odciski podchodzą wodą i bolą bardzo. Zmieniamy górskie buty na sandały i dajemy nogom trochę odpocząć, jutro muszą iść dalej. Przekuwamy cytat z Misia „czy konie mnie słyszą” na „czy nogi mnie słyszą”-J.W pokoju mamy Thamserku tv, czyli górę w całym oknie. Kładziemy się na krótki odpoczynek, dzisiaj nie chce nam się już nic. Zjemy kolację i do spania. O 18:00 ledwo żyjemy ze zmęczenia. Dobranoc.

memoriał Tenzinga Norgaja

Taboche (6367m n.p.m.).W drodze do wioski Mong, w oddali widać maleńkie zabudowania, to Mong właśnie  

W wiosce Mong zatrzymujemy się na krótką aklimatyzację. Jesteśmy już prawie na 4 tysiącach i nie chcemy ryzykować przymusowych postojów z powodu choroby wysokościowej

Odpoczynek na trasie




Thamserku - siodło konia

Ama Dablam (6856m n.p.m.), uważana za najpiękniejszą górę świata. Zgadzamy się z tym w pełni, jest naprawdę piękna.Widok z wioski Kyangjuma (czyt.Kandżuma)